Tak. Nemuri Hime. Bo dłuugo pisałam to jedno opowiadanie. Co prawda wyszło znacznie dłuższze niż poprzednie. Proszę poprawić błędy! :)
Takie, bo lubię Ville'go Valo. Ale lubię go jako samotnika ;) Dlatego koniec jest taki, a nie inny. I swoją drogą lubię tragizm. Jest taki prawdziwy...
+ + +
Ville Valo. Mężczyzna o szaro-zielonych, podkrążonych oczach i pięknym, rzadkim uśmiechu przyozdobionym kilkudniowym zarostem. Rzadkim, bo Ville nie uśmiecha się często. Nie jest mężczyzną z wielkim poczuciem humoru. Mimo to szczęśliwym. Jego wychudzone ciało zdobią liczne tatuaże. Wbrew pozorom, jednak nie jest fanem wydzierganego ciała. Uważa nawet, że ludzkie ciało jest na tyle piękne, że nie trzeba go niczym ozdabiać. Ville przeważnie nosi czarne rzeczy. Lubi ten kolor. Nie dlatego, że kojarzy się z pogrzebem. Wręcz przeciwnie, pogrzeby go nudzą. Do siebie podchodzi z dystansem, czasem nawet myśląc o własnej śmierci. Choć choruje na astmę, nałogowo pali i pochłania duże ilości kawy, alkoholu. Mocne, ostre brzmienie uwielbiał od najmłodszych lat.
Nadszedł dzień piękny i słoneczny, tylko niewielkie chmurki pruły przez niebo niczym statki po oceanie i znikały, aby zaraz pojawić się na nowo. Czuć było wiosnę. Kwiaty zaczęły kwitnąć, a drzewom przybywało pączków i liści. Ludzie wychodzili z domów, napawając się ciepłym powietrzem.
Ville wraz z zespołem dojeżdżał właśnie do małego, przytulnego klubu położonego w samym centrum Seul. Mężczyzna spojrzał za okno na rzekę Han i zgasił papierosa w czerwonej popielniczce.
-Witaj, Koreo. – Uśmiechnął się do siebie.
Zauważył to Mikko Lindström, główny gitarzysta zespołu o jasnych dredach.
- Co cię tak rozbawiło? – Spytał zaciekawiony.
- Mm… Może to, że właśnie jesteśmy w Korei. – Odpowiedział, wstając. Ręką przeczesał swoje długie, rozczochrane włosy, po czym wstał, poprawiając spodnie. Dojechali na miejsce. Ville wyszedł z czarnego autobusu jako pierwszy i stanął przed niewielkim, niebieskim budynkiem, na którym namalowano kobietę z czerwoną parasolką idącą w deszczu. Powyżej widniał napis „Klub Iluzja”, a pod nim była flaga z wielkim napisem HIM. Po chwili wyszła reszta członków zespołu ze sprzętem i wodą pod pachą oraz dwaj techniczni. Weszli do środka i zaczęli podłączać gitary oraz sprawdzali nagłośnienie. Choć do koncertu zostały jeszcze dwie godziny, postanowili uporać się z tym wcześniej. Ville, nie chcą przeszkadzać chłopakom, wybrał się na mały spacer po okolicy. Chodził, oglądał i podziwiał architekturę oraz ludzi. Gdy przechodził obok małego sklepu z biżuterią, zobaczył młodą, śliczną Koreankę, która szła w jego stronę. Miała na sobie bordowy, cienki sweterek, dżinsy i szarą torbę, a na nogach zwykłe trampki. Kiedy spostrzegła, że mężczyzna na nią patrzy, uśmiechnęła się i minęła go ze wzrokiem wlepionym w chodnik. Ville zastanawiał się, czy może nie zaczepić jej. Była bardzo ładna, czuł w sercu, że chce ją bliżej poznać. Z drugiej strony nie wiedział, co mógłby powiedzieć. Odwrócił się, chcąc spojrzeć jeszcze raz na dziewczynę, jednak ta zniknęła. Podbiegł do skrzyżowania, ale nigdzie jej nie zobaczył. W końcu uznał, że to nie ma sensu. Wrócił do klubu piętnaście minut przed rozpoczęciem koncertu. Sala zaczęła się wypełniać ludźmi, paliły się tylko nieliczne światła. Ville wypił kubek wody, otrząsnął się i zaczął przygotowywać do występu.
- Ten koncert będzie jeszcze lepszy od poprzedniego, zobaczycie. – Powiedział Mikko. Mówił tak zawsze, przed wyjściem na scenę. Właściwie nie potrzebnie, bo żaden z nich nie stresował się już publicznymi wystąpieniami.
Po chwili znaleźli się na scenie, gdzie zabrzmiały pierwsze takty ‘Join Me’. Ville śpiewał, co sił w płucach, wyciągając najlepsze dźwięki na jakie było go stać. Potem zagrali ‘The sacrament’ i ‘Wings of a butterfly’. Publiczność skakała i bawiła się najlepsze, śpiewając wraz z nim refreny. W pewnym momencie Ville dostrzegł w rogu sali śliczną, zaciekawioną twarz. Była to owa Koreanka, którą widział na ulicy. Poczuł miłe ciarki przechodzące po całej skórze, jakby ktoś oblał go wiadrem ciepłej wody. Postanowił coś z tym zrobić.
- Okej, teraz słuchajcie. Jest na sali ktoś, kto mnie interesuje. Następną piosenkę dedykuję pani w bordowym sweterku. – Spojrzał na nią i się uśmiechnął. Ona odwzajemniła gest.
Po klubie potoczyły się dźwięki gitary, zaczynającej piosenkę ‘In joy and sorrow’. Ville zaczął śpiewać, a tłum wraz z nim. Reszta koncertu potoczyła się normalnie. Mężczyzna co chwilę zerkał w róg sali, zafascynowany młodą osóbką. Dziewczyna nie bawiła się ze wszystkimi, po prostu stała i zerkała na scenę, czasami podrygując ręką w takt muzyki. Jej brązowe loki lśniły w świetle reflektorów, a usta szeptały kolejne słowa piosenek. Ville był ciekaw, czy jeszcze ją kiedyś zobaczy, czy dziewczyna nie wyjdzie z klubu wraz ze wszystkimi. Dochodziła 23.00, gdy koncert w końcu się zakończył i ludzie zaczynali opuszczać lokal. Zespół również zaczynał się zbierać, ale wokalista myślał jedynie o pięknej Koreance. Dostrzegł ją. Stała cały czas w rogu, patrząc na wychodzących ludzi. Ville zebrał się na odwagę i podszedł do niej. Nie wiedział, co powiedzieć, ale postanowił improwizować. W tym jest dobry, jak każdy muzyk. Gdy coś nie wychodzi, musi coś wymyślić. Wiedział o tym i postanowił wykorzystać tę umiejętność. Uśmiechnął się szelmowsko i powiedział:
- Witam panią. Udało mi się panią oczarować czy muszę jeszcze popracować?
- Mm… Mogłoby być lepiej, ale powiedzmy, że udało. – Odpowiedziała mu i puściła oczko.
- Ville. – Przedstawił się.
- Wiem. – Również się uśmiechnęła. – Słucham czasem radia.
- A z kim mam przyjemność rozmawiać? – Ville nie ustępował.
- LeeYoo. – Dziewczyna uścisnęła mu rękę.
- Miło mi poznać, LeeYoo. Masz może ochotę na spacer?
- Hm.. Właściwie mam. – Ville wziął ją pod rękę i poprowadził do wyjścia. Chłodne powietrze musnęło jego bladą twarz i ulżyło mu. Miał dość tego dusznego klubu, gdzie śmierdziało potem i piwem.
- Byłeś tu kiedyś? – Zapytała. Mężczyzna się zdziwił, gdy odezwała się pierwsza, bo wydawała się być bardzo nieśmiałą osobą.
- Nie. Ale zawsze chciałem zobaczyć to miejsce. – Odpowiedział zgodnie z prawdą.
- Więc je widzisz. – Posłała mu szczery uśmiech.
- To prawda. I bardzo się cieszę. Zauważyłem, że nie tylko miejsce jest piękne.
- A co takiego jeszcze?
- Na przykład kobiety.
Roześmiała się. Doszli do końca ruchliwej uliczki z mnóstwem sklepów, kawiarni i restauracji. Przeszli na drugą stronę ulicy i weszli do dużego parku. Kontrast między ciemnymi alejkami, a mnóstwem jasnych, pięknie oświetlonych budynków był niesamowity. Ville i LeeYoo szli niemal stykając się ramionami. Mężczyzna zachwycał się urodą młodej Koreanki. Słyszał jej oddech, czuł jej ciepło przenikające jego skórę, czuł zapach, jakby wiśni i wanilii. Przyglądał się jej ponętnym ustom i szklistym oczom barwy czekolady, którą tak uwielbiał. Podobało mu się, gdy jej włosy falowały na wietrze, rozrzucając kosmyki na wszystkie strony i jej głos. Miękki, ciepły, uroczy głos. Wydawała się być ideałem. Ville nie mógł się skupić na niczym, poza nią.
Długo rozmawiali, idąc czarnymi alejkami przez park, gdzieniegdzie oświetlony bladymi latarniami.
- Późno już. – Powiedziała w pewnym momencie.
-To prawda. Jesteśmy blisko hotelu, w którym się zatrzymałem.. – Zawahał się. – Może wejdziemy i wypijemy herbatę? Nie chcę, żebyś mnie już opuściła.
LeeYoo się zaśmiała.
- W porządku. – Odpowiedziała.
Minęły kolejne trzy dni, podczas których Him dał dwa kolejne koncerty. Ville z przyjaciółką widywał się bardzo często. Dobrze było im ze sobą. LeeYoo oprowadzała go po mieście, a on zabierał ją do hotelu, gdzie śmiali się i rozmawiali do białego rana.
Nadszedł dzień wyjazdu zespołu. Dzień piękny i upalny. Członkowie pakowali się w pośpiechu, zbierali swoje sprzęty i wrzucali do czarnego autobusu. Ville nie chciał wyjeżdżać. Przez młodą Koreankę. Nie mógł zostać, a i ona też by nie pojechała z nim. Nie wiedział, co mógłby zrobić. Nie chciał jej tracić.
- Zbieramy się! Tylko szybko. Samolot mamy za 3 godziny! – Zawołał Mikko.
Ville spojrzał na dziewczynę ze smutkiem w oczach, która przyszła się pożegnać. Ona wydawała się być jeszcze bardziej nieszczęśliwa niż wokalista. Przytulili się, nic nie mówiąc i stali tak chwilę, aż w końcu LeeYoo wyszeptała mu w ucho:
- Czy na pewno nie możesz zostać?
- Wrócę. Niedługo.
- Obiecaj.
- Obiecuję.
Koreanka pocałowała go czule i mocno przytuliła. Ville wsiadł do samochodu i przez okno machał jej i słał całusy. Nie był wcale szczęśliwy, że ją opuszcza. Była niesamowita. Zabawna, czuła i ciepła. Ville potrzebował kogoś takiego. Autobus zaczął wykręcać i po chwili byli już na głównej drodze.
Po powrocie do domu wokalista pisał do LeeYoo wiele razy. Odpowiedzi jednak się nie doczekał. Kilka tygodni później poleciał do Korei. Odwiedził ją tylko raz, nie wiedział czy trafi tam ponownie. W myślach otworzył trasę od hotelu do niej i po pewnym czasie znalazł się przed dużym, białym wieżowcem. Wszedł na klatkę i próbował sobie przypomnieć numer mieszkania, jednak nie mógł. Zadzwonił pod pierwszy lepszy. Otworzyła kobieta o siwych włosach i migdałowych oczach ukrytych pod okularami.
- Dzień dobry. Czy mieszka tutaj młoda dziewczyna, nazywa się LeeYoo?
- Ta LeeYoo? Mieszka pod 12.. – zawahała się. Ville już chciał iść, gdy odpowiedziała nieco ciszej. – Jednak jej pan nie zastanie.
- Ymm.. – Ville nie wiedział co powiedzieć. – Wyprowadziła się? – Spytał zmieszany.
- Nie… LeeYoo.. Dobrze ją znałam, przemiła dziewczyna. Zawsze pomagała mi wnosić ciężkie siatki. Kilka dni temu zdarzyła się pewna nieprzyjemna sytuacja.
- To znaczy?
- LeeYoo od pewnego czasu była przygnębiona, jakby czymś się martwiła. Pewnego dnia zapytałam ją, o co chodzi. Na początku nie chciała powiedzieć, później jednak wyznała, że czekała na listy od pewnego młodzieńca, który wyjechał. Nie doczekała się i postanowiła wsiąść do samolotu. Poleciała chyba do Finlandii…
- Nie dostała moich listów... Jest w Finlandii… Dziękuję pani bardzo! – Krzyknął i zaczął się oddalać, jednak kobieta zatrzymała go.
- Poczekaj, chłopcze! – Zatrzymał się i spojrzał na nią z niecierpliwością.
- LeeYoo nie ma w Finlandii… Ona nie żyje.
- Słucham? – Ville jakby nie dosłyszał jej słów.
- Jej samolot zderzył się z drugim. Nikt nie przeżył.
Ville nie mógł w to uwierzyć. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Usiadł na schodku i zaczął wpatrywać się w swoje kolana, myśląc o LeeYoo. Nie, to nie może być prawda… Ale… Po co ta kobieta miałaby kłamać? Nie ma takiego powodu, nie zna go. Łza pociekła mu na policzek, potem potoczyła się do brody i spadła na rękaw. Ukrył twarz w dłoniach, cicho płacząc. Kochał ją. Kochał i chciał jej to powiedzieć. Ale teraz nie mógł. Przecież już jej nie zobaczy nigdy…
Shalott.
Nastrój:
tagi:

Może nie znacie tej bajki. A może właśnie znacie... W każdym razie postanowiłam napisać krótkie opowiadanie, bo osobiście bardzo ją lubię.
I chciałabym się dowiedzieć, jak oceniacie moje pismo. Najlepiej proszę o błędy, nie poprawnie zformułowane zdania i tym podobne.
Postanowiłam w końcu dać całe, wyszło krótsze niż być miało.
+ + +
Młody chłopiec o ciemnych, lśniących włosach i uszkach z nich wyrastających leżał na łóżku i rozmyślał o swoim życiu. Czuł się bardzo samotny. Niemal tak samo samotny, gdy stracił brata, a matka uważała, że nie jest jej prawdziwym synem. Wtedy zjawił się Soubi. Dorosły, bez uszu i taki poważny. Opiekował się i troszczył o Ritsukę. Często powtarzał, że go kocha. I był przyjacielem Seimei’a... Lecz teraz Soubi wyjechał i znów w sercu chłopca zaległa pustka.
„Soubi… Miałeś być zawsze…” pomyślał i rozpłakał się. Zasnął.
W nocy miał koszmary. Śniło mu się, że wrócił Seimei, który kazał przyjacielowi go zabić. Ristuka zaczął uciekać, ale nagle wylądował w lesie z matką. Krzyczała i rzucała w niego talerzami, a on stał i prosił ją o pomoc. Błagał, by uwierzyła, że to cały czas on. Obudził się, drżąc i szczękając zębami z zimna. Każda łza wsiąkała do poduszki, a nogi podkulił pod samą szyję. Bał się. Bał się tej samotności. Brakowało mu brata. Brakowało mu przyjaciela. Został na świecie sam. Mały, bezbronny chłopiec, zamknięty w sobie, samotny. Zdany tylko na siebie.
Rano wstał, wziął prysznic i poszedł do szkoły. Dzień, jak każdy inny. Yuiko czekała przed szkołą i jak zawsze, bardzo się ucieszyła na jego widok.
- Cześć Ritsuka-kun! – zawołała z daleka. – Coś się stało, Ritsuka? Chodźmy na zajęcia!
I kolejny dzień leniwie się ciągnął. Ritsuka znów zaczął myśleć o Soubim. Tak bardzo było mu go brak. Pogodził się ze stratą Seimei’a, ale nie mógł się pogodzić ze stratą najlepszego przyjaciela.
Wychodząc ze szkoły, Ritsuka stanął jak wryty widząc wysokiego mężczyznę z długimi, jasnymi włosami. Na nosie miał okulary, a szyję zakrywał biały bandaż. Ritsuka dobrze wiedział, co jest pod bandażem. Wiele razy przyglądał się czerwonym, jakby wyrytym w skórze literom. BELOVED.
-Soubi! – Chłopiec nie mógł uwierzyć własnym oczom. Stał przyglądając się przyjacielowi, a jego usta drżały. Nie sądził, że kiedyś jeszcze go zobaczy.
Blondyn uśmiechnął się zawadiacko, jak gdyby właśnie zrobił świetny dowcip. Jednak chłopcu nie było do śmiechu. W oczach zakręciły mu się łzy, oczy napuchły, nawet policzki zrobiły się czerwone. Spuścił głowę i wzrok utkwił w swoich nogawkach. Wydawało mu się, że śni… Powoli, krok za krokiem, zaczął iść ku Soubiemu. Przyjaciel przestał się uśmiechać.
-Kocham cię, Ritsuka-kun. – Powiedział poważnym tonem obejmując chłopca.
-Przestań! – Wybuchnął Ritsuka. Wyrwał się z ramion blondyna i pobiegł w stronę domu. Biegł, aż zbrakło mu tchu. Strumienie łez ciągle płynęły, ale chłopiec się uspokoił. Szybkim krokiem wszedł do domu i poleciał na górę do swojego pokoju. Wślizgnął pod koc i leżał. Leżał tak myśląc o Soubim. Nawet nie spostrzegł, a zasnął.
Gdy się obudził słońce całkowicie zaszło za horyzont. Drogi oświetlały tylko nieliczne latarnie. W pokoju było ciemno i cicho. Ritsuka zszedł na chwilę do kuchni, po czym wrócił z kubkiem zimnej wody. Nie zapalając światła usiadł na łóżku i upił łyk przezroczystego płynu, aż ciarki przeszły mu po plecach. Po chwili usłyszał delikatne stukanie. Odwrócił się w stronę, z której dobiegał dźwięk i… ciepło mu się zrobiło w sercu. Na balkonie stał jasnowłosy mężczyzna odziany w fioletowy płaszcz.
-Soubi… - wyszeptał. Nadal był zły na przyjaciela. Bo jak mógł zostawić go samego? Bez słowa wyjaśnienia? Bez pożegnania? Soubi zapukał jeszcze raz, po czym szczerze się uśmiechnął. Ritsuka otworzył drzwi, jednak milczał.
- Przepraszam. – Powoli powiedział blondyn.
- Kretyn. – Odparł chłopiec odwracając się do ściany.
- Wybacz mi, kocham cię.
- Przestań wciąż to powtarzać! – Oburzył się Ritsuka. Bo jak on mógł ciągle tak mówić po tym, co mu zrobił? Jak on wciąż mógł go kochać? Gdyby naprawdę go kochał, nie wyjechałby. Soubi spojrzał na niego z bólem na twarzy. – Obiecałeś mi, że będziesz szczery, że nie będziesz miał przede mną tajemnic! A ty zniknąłeś!
Skruszony Soubi przyglądał się chłopcu, po czym rzekł:
- Wybacz mi.
- Obiecałeś… - Ritsuka nie wytrzymał i się rozpłakał. Mężczyzna przytulił chłopca, a ten się nie opierał.
- Nie miałem wyboru. Przepraszam.
- Mogłeś powiedzieć, dokąd wyjechałeś!
Soubi spojrzał na Ritsukę i musnął wargami jego delikatne policzki. Mały odwrócił się i zaczął wycierać łzy. Blondyn objął go jeszcze mocniej i zaczął kołysać.
- Wybacz… - Wyszeptał mu do ucha. Ritsuka odwzajemnił uścisk, zadrapując mu brzuch. Szczęśliwi z ponownego spotkania opadli na łóżko, nadal objęci. Rozmawiali. Rozmawiali całą noc, aż Soubi , zmęczony, nie zamknął oczu. Chłopiec przyglądał mu się uważnie.
- Wiesz… też cię kocham. – Bezgłośnie wymówił te kilka słów. – Tylko nie odchodź więcej…
Shalott.
Nastrój:
tagi:

Pierwsza notka, więc pierwsze lody przełamane.
Chciałam tylko zobaczyć, czy nadaję się do pisania chociażby takich kawałków opowiadań, pamiętników, przemyśleń.. Swoich własnych przeżyć i własnych fantazji. Nawet własnych snów. Liczę na szczerą ocenę mojej twórczości.
+ + +
Siedział na wełnianym dywanie pod drzwiami wpatrując się w okno, z którego delikatnie świeciło słońce muskając jego bladą twarz. Na nogach miał stare, skórzane spodnie. Rozczochrane włosy, ciemne jak sadza, opadały na ramiona, lekko falując. Nie miał koszulki, nagi tors był idealnie biały, jakby z porcelany. Na szyi tkwiła mała klepsydra zawieszona na złotym sznureczku. Kasztanowe oczy nieprzytomnym wzrokiem spoglądały przed siebie, w okno. Siedział nieruchomo, nawet nie drgając. Zastanawiałam się, co zrobi. Wiedziałam, kim jest. To spotkanie musiało kiedyś nadejść, prędzej czy później. Byłam pewna, że wie, że mu się przyglądam. Zaczęłam się obawiać, czy mogę czuć się bezpieczna, gdy jego piękna, blada twarz odwróciła się w moją stronę, a na niej zabłysnął ledwo widoczny uśmiech. Przestraszona cofnęłam się i wpadłam na szafkę mocno uderzając się w ramię. Serce podskoczyło mi do gardła. On uśmiechnął się i delikatnie potrząsnął głową.
- Nie obawiaj się mnie. – Powiedział cicho. Głos miał lekko zachrypnięty, jednakże bardzo piękny. Każde jego słowo było jakby uderzeniem mojego serca.
Rozcierając rękę, patrzyłam na niego oniemiała. Kręciło mi się w głowie. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Długo czekałam na tę chwilę, a teraz, gdy wreszcie nadeszła, bałam się. Bałam się odezwać. A tak bardzo chciałam go poznać. Z pokoju wyłoniła się moja psina, Micah. „Nie podchodź!” zawołałam w duchu, ale ona merdając ogonkiem podreptała do Niego i czekała na pieszczoty. Spojrzał na nią i z zaciekawieniem pogłaskał ją delikatnie po pyszczku.
- Twoja suczka się mnie nie boi. – Powiedział lekko zdziwiony. Nabrałam odwagi.
- Ona nikogo się nie boi.. i wszystkich lubi. – odparłam cicho, robiąc krok do przodu.
Uśmiechnął się jeszcze bardziej i również podszedł bliżej. Od jego twarzy odbijały się jasne promienie słońca. Wyglądał radośniej, przyjaźniej. Byłam ciekawa, o czym myśli. Nie śmiałam zapytać, uznałam to za głupie pytanie. On chyba też nie wiedział, co powiedzieć, bo milczał...
Shalott.
Nastrój:
tagi:
Grafikę
DeviantArt do szablonu wstawiła Luna WiĘcej layout'Ów. Tekst piosenki zespołu The Cranberries.
Szablon wymaga od przeglądarki obsługi xHTML 1.0.